Ale prawdziwy koszmar zaczął się dopiero, gdy ktoś ich znalazł…
Nie wiedzieli, czy są ratowani… czy właśnie trafili w pułapkę.

Samolot rozpadł się na kawałki, zanim jeszcze zdążyłam krzyknąć.
Kiedy się ocknęłam, wszystko wokół było zielone, wilgotne i przerażająco ciche. Obok mnie leżał Marek — zakrwawiony, ledwo przytomny, ale żywy.
Nie mieliśmy nic. Żadnej pomocy, żadnego sygnału, żadnej nadziei.
Tylko dżungla.
Przez dwa dni próbowaliśmy przetrwać. Piliśmy deszczówkę z liści, jedliśmy to, co udało się znaleźć. Każdy szelest wydawał się zagrożeniem.
A potem… usłyszeliśmy ich.
Najpierw odległe kroki. Potem głosy. Niskie, obce, niepokojące.
Schowaliśmy się za grubym pniem drzewa, wstrzymując oddech.
Z mgły zaczęli wyłaniać się ludzie. Ubrani w dziwne ozdoby, pomalowani, z włóczniami w dłoniach.
Ich spojrzenia były twarde. Zbyt twarde, jak na „ratowników”.
Marek ścisnął moją rękę.
— Może chcą pomóc… — wyszeptał.
Ale wtedy jeden z nich spojrzał prosto na mnie… i się uśmiechnął.
To nie był uśmiech pomocy.
To był uśmiech, który sprawił, że serce zamarło mi w piersi.
I wtedy zrozumiałam, że rozbicie samolotu… mogło być najmniej straszną rzeczą, jaka nam się przydarzyła.
Bo oni zaczęli iść prosto w naszą stronę…

Nie mieliśmy gdzie uciec. Ziemia była mokra i śliska, a każdy krok zdradzał naszą obecność.
Słyszałam ich coraz wyraźniej — łamane gałęzie, ciężkie oddechy i ciche rozmowy. Byli blisko, zbyt blisko, żeby jeszcze się ukryć.
Marek próbował się podnieść, ale jego noga nie wytrzymała. Upadł bezgłośnie, zaciskając zęby z bólu.
— Idź… — wyszeptał, ale nie ruszyłam się ani o krok. Nie zostawiłabym go tutaj, nawet jeśli to miał być nasz koniec.
Nagle jeden z nich zatrzymał się kilka metrów od nas. Wysoki, z piórami we włosach, patrzył prosto w naszą stronę, jakby dokładnie wiedział, gdzie jesteśmy.
Serce waliło mi tak głośno, że byłam pewna, że nas zdradzi. Wstrzymałam oddech i zamknęłam oczy, czekając na najgorsze.
Ale zamiast ataku… uniósł rękę. Reszta grupy zatrzymała się natychmiast, jakby byli do tego przyzwyczajeni.
Zapadła cisza. Spojrzał najpierw na Marka, potem na mnie, i zrobił krok bliżej.
Kiedy otworzyłam oczy, wyciągał w moją stronę rękę. Zawahałam się, bo to nie miało żadnego sensu.
Jeszcze chwilę temu wyglądali jak łowcy. Teraz sprawiali wrażenie, jakby chcieli nam pomóc.
Marek jęknął cicho i to zdecydowało za mnie. Chwyciłam jego dłoń, czując, jak jego uścisk jest pewny i ciepły.
Nie skrzywdzili nas. Zabrali nas ze sobą, prowadząc przez gęstą dżunglę przez długie godziny.
W końcu dotarliśmy do ich wioski, ukrytej głęboko, jakby świat nigdy nie miał jej odnaleźć. Opatrzyli Marka, dali nam wodę i jedzenie, ale prawie się nie odzywali.
Pierwszej nocy nie spałam ani chwili. Każdy cień wydawał się zagrożeniem, a każdy dźwięk — ostrzeżeniem.
Drugiego dnia zauważyłam coś, co nie dawało mi spokoju. W wiosce nie było ani dzieci, ani starszych ludzi.
Tylko silni, młodzi mężczyźni. Powiedziałam o tym Markowi, a on tylko cicho przytaknął.
— To nie jest zwykła wioska — wyszeptał. I wtedy poczułam, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach.
Wieczorem przyszli po nas. Ten sam mężczyzna z piórami wskazał, żebyśmy poszli za nim.
Zaprowadzili nas na skraj wioski, gdzie zobaczyłam coś, co odebrało mi oddech. Wśród drzew leżały kolejne szczątki samolotu.
Nie naszego. Innego, starszego, niemal pochłoniętego przez dżunglę.
Wtedy wszystko stało się jasne. To nie był przypadek, oni wiedzieli, gdzie spadają samoloty.
Czekali. Obserwowali. Zbierali tych, którzy przeżyli.
Spojrzałam na Marka, a w jego oczach zobaczyłam to samo przerażenie. — Musimy stąd uciekać — wyszeptał.

Ale było już za późno. Za nami stanęli, cicho i bez ostrzeżenia.
Odwróciłam się powoli, a mężczyzna z piórami uśmiechnął się dokładnie tak samo jak wcześniej. Tym razem już wiedziałam, co oznacza ten uśmiech.
Nie zamierzali nas zabić. Byliśmy dla nich zbyt cenni.
I właśnie dlatego nie pozwolą nam odejść.